Pracoholizm — szkoła przetrwania

Pracoholicy to szanowani nałogowcy, a nierzadko i podziwiani. Tylko przez kogo — żonę i dzieci czy szefa? To fakt, że wkład pracoholików w życie społeczne jest wyjątkowy, ale czy to samo można powiedzieć o ich życiu prywatnym? Według specjalistów to najładniej opakowane i najwyżej wynagradzane uzależnienie w naszej kulturze. Znany reżyser Michael Winterbotton to absolwent Oxfordu i zdobywca kilku prestiżowych nagród filmowych. W życiu zawodowym odniósł sukces, ale co poza tym? Po latach małżeństwa żona Sabrina Broadbent, z którą ma dwoje dzieci, opuściła go.

Potem wydała książkę pt. Descent, o której krytyk „The Manchester Guardian" napisał: „Powieść opisuje ich wspólne życie. A może raczej nie tyle wspólne, ile oddzielne, bo mąż jest w tej historii reżyserem pracoholikiem, którego nigdy nie ma w domu, ponieważ ugania się za kolejnymi tematami na film". Problemem nie jest zawód Micheala. Jest nim jego nałóg. Prawdopodobnie każdy zna jakiegoś pracoholika. Teoretycznie każdy może stać się pracoholikiem. Jednak tylko niektórzy przyznają się, że nimi są.

Śmiertelna epidemia?

Problem pracoholizmu najbardziej widoczny jest w Azji, ponieważ w dalekowschodniej mentalności istnieje wręcz kult pracy. W Japonii używa się terminu karoshi, co oznacza — 'śmierć z przepracowania'. Rocznie notuje się tam około 10 tys. przypadków takiej śmierci. Ludzie pracują tam 60-70 godzin tygodniowo, czyli około 10-12 godzin dziennie przez 6 dni w tygodniu. Praca w napięciu pompuje taką ilość adrenaliny, że ludziom wysiada serce. Śmierć wśród japońskich pracowników pomiędzy 40. a 50. rokiem życia była tak powszechna, że zakłady pracy nazwano miejscami, w których się umiera.
Psycholog i terapeutka Lucyna Golińska podaje, że w Kanadzie co trzecia osoba uważa się za pracoholika. W USA problem zaczął się w latach 70., kiedy to Amerykanie poddali się tzw. ewangelii konsumpcji. Nie jest to „ewangelia łaski" i trzeba było na nią zarobić, zarabiając się przy okazji zdrowotnie. W Polsce problem pojawił się około 15 lat temu w okresie intensywnego rozwoju gospodarczo-ekonomicznego. W biurowcach większych miast coraz częściej palą się światła do późnej nocy, a korki uliczne kończą się o 19.00. To daje do myślenia. Menedżer amerykańskiej fabryki wyznaje: „Są tylko dwie możliwości: albo pracujesz codziennie od dziewiątej do piątej i masz dwa tygodnie urlopu, albo jesteś martwy! Nie ma stanów pośrednich. Praca to oddychanie, to coś, o czym nie myślisz, po prostu pracujesz i praca trzyma cię przy życiu. Jeśli przestaniesz pracować — umierasz". Rok po udzieleniu tej wypowiedzi popełnił samobójstwo. Miał 48 lat.

Nabór do „szkoły przetrwania" Kto jest zagrożony pracoholizmem? Do „szkoły przetrwania" lub „wyścigu szczurów", jak często określa się obłęd pracoholizmu, jesteśmy przygotowywani już w dzieciństwie, a nawet i w Kościele. W ostatnich latach badacze problemu określili zbiór czynników ryzyka.

 

Oto one:

1. Pochodzenie z rodziny dysfunkcyjnej. Udowodniono, że osoby z rodzin, w których wystąpiło uzależnienie, najczęściej w nie popadają. Mogły to być alkoholizm czy narkomania, ale też obsesja na punkcie seksu, związków międzyludzkich, jedzenia, perfekcjonizmu czy porządku. W takim domu jedno z dzieci staje się zazwyczaj pracoholikiem, a drugie jest osobą nastawioną na relacje z innymi i pomniejsza wartość pracy, przez co ma problemy z jej znalezieniem. Dzieci w takich rodzinach były kochane miłością uwarunkowaną, którą można było im dać lub odebrać. Na miłość trzeba było zasłużyć — zapracować. Pewien pracoholik wyznał: „Być może jest to mój problem. Bez przerwy muszę na coś zasługiwać. Nawet na chorobę" (oczywiście by dać sobie prawo do odpoczynku).

2. Nieprawidłowe postrzeganie siebie. Liczni badacze są zdania, że osoby mające zakłócone wyobrażenie o sobie samym (tzw. self-image), traktują pracę jako narkotyk, który podwyższa ich znaczenie (wartość) oraz pomniejsza ich nieprzystosowanie i nieadekwatność. Może to wynikać z ubóstwa ekonomicznego, kulturowego i emocjonalnego, którego taka osoba doświadczyła w dzieciństwie.

3. Przyczyny społeczne. Człowiek, od którego wymaga się harówki od świtu do nocy pod groźbą, że się go zwolni lub że obniży mu się płacę, nie zostanie raczej pracoholikiem, bo niechęć do pracy wyklucza emocjonalne przywiązanie do niej. Człowiek taki pragnie znaleźć się jak najdalej od roboty i swojego szefa. Diane Fassel przewrotnie nazywa takich ludzi niechętnymi pracoholikami (reluctant workaholic). Prawdziwy pracoholik podnieca się i ekscytuje swoją pracą. Dlatego właśnie przynależność do klasy średniej, w której z przyczyn ekonomicznych nie ma przymusu nadmiernej pracy, jest paradoksalnie jednym z czynników ryzyka.

4. Czas pracy. Stwierdzono, że przeznaczanie więcej niż 10 godzin dziennie (50 godzin tygodniowo) na pracę podnosi czynnik ryzyka pacoholizmu.

5. Organizacja pracy. Kassel i Killinger umieścili zawód gospodyni domowej na liście zagrożenia pracoholizmem. O tym nie decyduje zawód, ale organizacja pracy (pracoholicy są w każdym zawodzie). I tak np. organizacja pracy przy taśmie powoduje najmniej uzależnień, bo jest mało interesująca. Pokazały to badania w Japonii, gdzie jest największy problem pracoholizmu. Im większy poziom stresu w pracy, tym większe zagrożenie nałogiem. Grupę najwyższego ryzyka stanowią ludzie zdolni, utalentowani, z szerokimi możliwościami gratyfikacji w pracy.

6. Stan cywilny. Bycie singlem to znacznie więcej czasu dla siebie i dla pracy. Nie ma obowiązków domowych, które stanowiłyby przeciwwagę dla obowiązków zawodowych.

7. Przyczyny osobowościowe. Pracoholizm rozwija się w nas, więc przyczyny osobowościowe są bardzo istotne. Należą do nich: doświadczanie stałego lęku; chęć posiadania rzeczy (duża konsumpcja); potrzeba ciągłego potwierdzania się („jestem dobry"); wygórowane ambicje („muszę być najlepszy"); skłonność do perfekcjonizmu („najlepiej jak się da albo wcale"); wrażliwość na krytykę innych; tendencja do uciekania od problemów na rzecz szybkiej gratyfikacji; tendencja do dominacji, agresji, osiągnięć; osobowość typu „A" (ten typ osobowości najlepiej określają słowa nawiązujące do Kartezjusza: „żyję w napięciu, więc jestem").

8. „Zła atmosfera" w domu (małżeństwie). Moczydłowska uważa, że osoby, które nie mogą zaspokoić swoich potrzeb w związku małżeńskim lub domu rodzinnym, są bardziej podatne na pracoholizm. Koncentracja w pracy na „tu i teraz" oddala i wycisza problemy domowe. Znieczula i staje się źródłem pozytywnych przeżyć, co może doprowadzić do uzależnienia.

9. Płeć. Mężczyźni są częściej narażeni na pracoholizm, ponieważ od mężczyzny zwyczajowo wymaga się, by przynosił pieniądze i utrzymywał rodzinę. Kobiety za to — w sprzyjających warunkach — szybciej popadają w pracoholizm. Wynika to z faktu, że muszą ciężej pracować na szacunek i awans w firmie niż ich koledzy z pracy.

10. Niska religijność. Snir i Harpaz zauważyli, że osoby o niskiej religijności szybciej popadają w pracoholizm, szczególnie w przypadku judaizmu. Może wynikać to z faktu, że wierzący Żydzi przestrzegają jednego dnia w tygodniu jako absolutnie wolnego od pracy i przeznaczonego na wypoczynek. Niepraktykujący Żydzi nie kultywują tego zwyczaju.

11. Wyznawanie myśli protestanckiej. Max Weber zauważył, że najlepsze rezultaty ekonomiczne osiągają kraje zdominowane przez protestantów, a wśród nich te kraje, w których przeważają niektóre odłamy kalwinizmu. W starej filozofii kalwińskiej uczono bowiem, iż praca odkupuje, a oddawanie się przyjemnościom, zwłaszcza cielesnym, prowadzi do potępienia.
Zwykle istnieje kilka przyczyn — tzw. filarów uzależnienia od pracy. Jedna z nich ma charakter spustowy i działa jak wyzwalacz w aparacie fotograficznym.

Ku delcie nałogu

Pracoholik, nawet jeśli jest obecny w domu, to i tak jest nieobecny emocjonalnie. Rodzina określa to czasem słowem „przezroczysty". Gdy próbuje się z nim nawiązać kontakt, ożywia się i staje się „nerwowy". Pracoholik traktuje życie prywatne tak samo jak pracę, a żonę i dzieci jak pracowników. W domu, tak jak w pracy, rywalizuje, kontroluje, narzuca własną koncepcję. Prawie wszyscy pracoholicy podczas zabawy „pracują" (rywalizują z innymi), a niektórzy robią to, uprawiając nawet seks. Jeden z pacjentów wyznał z dumą swojemu terapeucie, że podczas stosunku seksualnego wspina się na wyżyny kreatywności, a rozwiązanie pewnego skomplikowanego problemu przyszło mu do głowy tuż przed orgazmem. Osoby takie odbywają stosunek, lecz nie kochają się. Pracoholicy unikają bowiem intymności. Dla wielu pracoholików praca to doświadczenie religijne. Jest to forma ekstazy, a towarzyszące temu skoki adrenaliny działają w mózgu jak narkotyk. Dlatego praca, tak jak kokaina, jest niezmiernie uzależniająca. Szanujący się pracoholik zawsze więc zabiera robotę do domu, by stale być „na haju".

Początki pracoholizmu charakteryzuje niedotrzymywanie obietnic rodzinie na korzyść obowiązków zawodowych. Pracoholik spóźnia się lub odwołuje spotkania z przyjaciółmi, bo musiał zostać w pracy lub iść do następnej. Zaniedbuje współmałżonka i dzieci. Traci poczucie czasu. W końcu pojawiają się niepokoje i natrętne myśli związane z obowiązkiem pracy. A. Dodziuk wyróżniła sześć etapów rozwoju pracoholizmu: 1) etap używania — odkrycie, że praca „leczy" złe samopoczucie i działa znieczulająco; 2) etap nadużywania — eksperymentowanie, która czynność w pracy daje najwięcej przyjemności; 3) etap dominacji — mogę wybrać przyjemność z pracy lub przyjemność poza pracą, wybieram jednak pracę; 4) etap używania problemowego (efekt błędnego koła) — brak aktywność zawodowej wywołuje pustkę, którą skutecznie może „zaleczyć" tylko praca; potem przerwa i znowu pustka; i znowu praca; 5) etap kryzysu — uczucie wyczerpania pracą; pojawia się przymus robienia przerw (co wywołuje napięcie psychiczne, wyrzuty sumienia i obsesyjne myśli o powrocie do pracy); w końcu następuje powrót do zachowań nałogowych; 6) etap wymuszonej abstynencji — robienie przerw od pracy „ze zdrowego rozsądku" przy pomocy „silnej woli"; próby zerwania kończą się zazwyczaj porażką, a ponieważ wiedza o problemie nie daje mocy do zerwania z nim, pojawia się poczucie bezsilności i zbliża się kryzys, który doprowadzi do załamania lub podjęcia terapii.

Żona pewnego pracoholika wyznała na blogu: „Problemy psychiczne i alkoholizm ojca sprawiły, że u Pawła od dzieciństwa kształtowało się patologiczne poczucie własnej wartości oparte na podejmowaniu ryzykownych zachowań i otrzymywaniu podziwu ze strony otoczenia. (...) Z´le czuł się w statecznej i stabilnej sytuacji głowy rodziny, przez co uciekał w kierunku pracy (...). Zaczęło mu brakować czasu nie tylko dla rodziny, ale również na wypełnianie obowiązków. (...) Zaczęła się wokół niego zaciskać pętla niedopełnionych terminów, kłamstw i utraty autorytetu. Silny stres zaczął rozładowywać przez wieczorne picie alkoholu. W przeddzień 30-lecia swojej pracy zawodowej doznał rozległego zawału serca".

Sala luster

Człowiek ubrudzony na twarzy bez lustra nie potrafi dostrzec swojego wyglądu. Za to świetnie widzą go inni. Czasem mu o tym mówią, czasem wolą nie ruszać drażliwego tematu. Najczęściej jednak sam uzależniony nie chce o tym słyszeć. Rozwija w swej świadomości mechanizm iluzji i zaprzeczania. Postawa osoby uzależnionej przypomina końcowe sceny z filmu Wejście Smoka, w których Bruce Lee walczy z Hanem w sali luster. Lustra sprawiały, że przeciwnik wydawał się być wszechobecny. Kopnięciami i ciosami Bruce Lee zaczął tłuc lustra jedno po drugim. Tak też postępuje pracoholik. Buduje mity, którymi potrafi „zbić" prawie każde „lustro prawdy" o swoim problemie. Do najbardziej skutecznych mitów (kopnięć) pracoholika należą: „wszyscy się mnie czepiają, bo mi zazdroszczą sukcesu"; „jeszcze tylko to zadanie, a potem odpocznę lub zajmę się rodziną (bez wyrzutów sumienia)"; „czyż nie robię tego dla mojej rodziny — żony, dzieci?"; „więcej pracy, mniej długów — pełnia szczęścia"; „nie jestem pracoholikiem; pracuję bo chcę, a nie — bo muszę". Badania pokazują, iż wielu pracoholików żyje tak, jakby wierzyło w zasadę: praca czyni wolnym (niem. Arbeit macht frei). Ale jak wiemy, ta ideologia nie uczyniła nikogo wolnym. Pomogła jedynie zabić miliony ludzi.

Kryzys, czyli łapanie doła

Istnieje dowcip, który opisuje etap kryzysu: jeśli harujesz jak wół, masz już od roboty garba jak wielbłąd i czujesz się w pracy traktowany jak pies, to idź do weterynarza, bo jesteś osłem. Kryzys to często tzw. dobry początek. Może pewnego dnia odkryjesz, że nie radzisz sobie ze swoim „drugim ja" i że jesteś pracoholikiem. Gdy pójdziesz do psychiatry, to najprawdopodobniej usłyszysz diagnozę: chroniczna lekka depresja. To najczęściej rozpoznawana dolegliwość u pracoholików. W wielu kręgach (także medycznych) pracoholizm nie jest jeszcze postrzegany jako powszechna choroba społeczna. Potem wykupujesz leki antydepresyjne, a nałóg rozwija się dalej. Leczysz nie to, co trzeba, więc terapia jest nieskuteczna. Uzależnieni od pracy czują to i zaczynają leczyć się sami, sięgając po środki relaksujące (alkohol, marihuana, pigułki) albo dopalające ich do działania (amfetamina, kokaina, dopalacze). Czasem stosują jedne i drugie środki, by usunąć objawy działania tych poprzednich. Skutek? Rozwój drugiego nałogu. Jest to dość powszechny schemat u wielu pracoholików, którzy później trafiają na terapię.
Stefan to analityk finansowy. Na wizyty do terapeuty przychodził z tygodnia na tydzień coraz bardziej blady i siwy, heroicznie walcząc o kontrakt dla swej firmy. W zastraszającym tempie pompował adrenalinę, pracując po 14 godzin przez sześć dni w tygodniu. Terapeutka pyta się, czy były w jego rodzinie zawały serca. Odpowiada: „Ojciec miał pierwszy zawał w wieku 41 lat". Mimo to Stefan dodaje: „Wiem, że nazywa mnie pani pracoholikiem, ale to nieprawda. Szczerze w to wątpię i będzie mnie pani musiała jakoś przekonać, bo z całych sił walczę z tą etykietą". Po kilku tygodniach Stefan wyznał: „Moje zaprzeczanie runęło pewnego dnia w firmie, gdy zobaczyłem, jak mój współpracownik (...) krzyczał, niepokoił się, był nieznośny, nie panował nad sobą. Nie podobało mi się to, co zobaczyłem. Ale dobrze go rozumiałem". Nastąpił przełom — Stefan zobaczył siebie.

Kryzys jest niezbędny, aby przyszła zmiana. Każdy uzależniony musi uderzyć o swoje dno — mawiają Anonimowi Alkoholicy. Syndrom załamania przychodzi statystycznie po 5, 10 lub 20 latach od rozpoczęcia harówki. Załamanie zaczyna się najczęściej w chwili, gdy pracoholik osiąga wszystko lub prawie wszystko traci. Wraz z załamaniem nadchodzi pustka, która może gwałtownie zostać zastąpiona narodzeniem się (w ciągu jednej nocy) głodu na doświadczenia erotyczne, nałogowe odpalanie jednego papierosa od drugiego, zafascynowanie jedzeniem, ekstremalnymi sportami, alkoholem, narkotykami. To przyspiesza spadanie z piedestału pracoholika i kryzys.
Piotr Rojewski, kiedyś aktywny i skuteczny pracoholik, wyznaje: „Byłem zdrowym mężczyzną pełnym wigoru, miałem szczęśliwą kochającą się rodzinę, wokół kolegów i znajomych. Zbudowałem dom. Byłem szczęśliwy i dumny. Praca, po rodzinie, była dla mnie na pierwszym miejscu. Poświęcałem się jej bezgranicznie. Nie zauważyłem, kiedy stałem się jej więźniem — pracoholikiem bez granic. Dokładając sobie pracy, otwierałem nowe działalności, brałem kolejne zlecenia na budowy, dawałem ludziom pracę. Potem był wypadek w pracy. Będąc po operacji kręgosłupa szyjnego, przeżywałem prawdziwy horror. Ja i łóżko? Mój umysł tego nie przyjmował (...). Muszę dać radę zakończyć rozpoczęte budowy (...). Znając siebie, myślałem, że szybko wydobrzeję i w lepszym czy gorszym stanie wrócę do pracy. Wówczas tego nie przewidziałem, a raczej nie przyjmowałem do wiadomości, że moja passa się już skończyła. Przez ponad pół roku nie mogłem mówić, porozumiewałem się z żoną, mrugając oczami. Miałem przeogromne bóle mięśni, które pozostały mi do dnia dzisiejszego. (...) Wszystko gotowało się we mnie, byłem wściekły na te okoliczności i takich ludzi. Byłem bliski załamania". Piotr przeżył kryzys z nieodwracalnymi skutkami. Dziś zbiera na specjalny wózek inwalidzki, w którym może spędzić resztę życia. Każdy współczujący pracoholik może odwiedzić też jego stronę: http://rojewski.bloog.pl.

Pracoholizm a duchowość

Pewien zdrowiejący pracoholik radzi: „Jeśli chcesz się wycofać z tego wyścigu szczurów, powinieneś brać na siebie mniejszą liczbę obowiązków oraz zrezygnować ze sprawowania władzy nad ludźmi". Czyli przestać odgrywać rolę Boga. Killinger uważa, że pracoholizm to choroba „duchowa" i wychodzenie z niej powinno się odbywać przy pomocy angażowania duchowości, przez rozwijanie wiary w Siłę Wyższą, poszukiwanie zajęć, które sprawiają przyjemność poza pracą oraz odpoczywanie („nicnierobienie") bez poczucia winy. Bóg zadbał o to w swoim przykazaniu, aby ludzie żyli w zdrowej równowadze: „Pamiętaj o dniu sabatu, aby go święcić. Sześć dni będziesz pracował i wykonywał wszelką swoją pracę, ale siódmego dnia jest sabat Pana, Boga twego: Nie będziesz wykonywał żadnej pracy". Przykazanie to mówi do leniwych: sześć dni będziesz pracował... Ale nie zapominając o pracoholikach, dodaje: a siódmego dnia odpoczniesz. Gdy nad władzą zachłanności zaczyna panować władza miłości — pracoholik zaczyna zdrowieć.

Historia prawdziwego sukcesu

Colin Graham, dyrektor Banff Centre, wyznaje: „Niestety, do niedawna moja kariera robiła ze mnie zdeterminowanego egoistę (...). Byłem skoncentrowany na sobie, prowadziłem raczej bogate życie seksualne, a w moim życiu liczyły się tylko pieniądze i kariera". Wszystko to zmieniło się osiem lat temu, kiedy Graham doznał przebudzenia duchowego w Banff. Mówi o tym tak: „Zawsze wierzyłem w Boga, ale nie zwracałem na Niego uwagi. Pewnego zimowego popołudnia (...) patrzyłem na góry, zastanawiając się, dlaczego nie odczuwam takiego samego szczęścia, gdy pracuję, i zacząłem się zastanawiać, jaki jest sens wiecznej walki o pieniądze i sławę, skoro nie przynosi mi to radości (...). Postanowiłem, że od tej pory będę wszystko robić dla innych, a nie dla siebie". Graham porzucił operę, poszedł do seminarium i w 1987 roku został pastorem. Dzisiaj jest dyrektorem artystycznym w St. Luis Opera, a w kościele pracuje za darmo na część etatu, zajmując się doradztwem i nauczaniem śpiewu przyszłych pastorów. Prawdziwym sukcesem jest spełnić się i być docenionym. Oznacza to zachowanie równowagi według przykazania: „Miłuj bliźniego swego, jak siebie samego".

Krzysztof Kudzia

Źródło: „Znaki Czasu" 05/2013

Obserwuj nas

Dane adresowe

skrytka pocztowa 216
Bielsko Biała
43-300
Back to top